Szarlatani i mity - strona główna


Z cholesterolem wiążą się dwa mity. Jeden - to wiara w to, że magiczne kapsułki wciskane nam przez lekarza zapewnią zdrowie i zabezpieczą przed zawałem. Drugi zaś - że to wszystko co o cholesterolu mówią lekarze to bzdura.

Pierwszy ma zapewne dwa źródła - tylko jednym z nich jest zapewnienie lekarzy, że tabletki wystarczą (a w każdym razie zwracanie uwagi tylko na ten aspekt podczas wizyt pacjenta). Drugi to wiara ludzi w to, że pomoże im jakaś tabletka. Że musi być coś, co zajmie się ich zdrowiem za nich. Tu akurat mamy identyczną sytuację jak w przypadku medycyny alternatywnej - jest obietnica efektu, są chętni, nie interesujący się szczegółami.

Tymczasem wyniki badań oceniających skuteczność statyn są co najmniej dyskusyjne. Tak, wiem, metaanalizy, impact factor i tak dalej. Problem w tym, że gdy pojawiają się grube, naprawdę grube pieniądze do zrobienia, wiele rzeczy schodzi na dalszy plan. Na przykład uczciwość. Można oczywiście wierzyć, że najbogatsi ludzie na tej planecie są kryształowo uczciwi, ale jest to według mnie... jak to napisać, żeby nikogo nie urazić... nieco naiwne. Jest wiele sposobów, które pozwalają "udowodnić" że coś, co nie działa - jednak spełni swoją rolę. Można przerwać próbę kliniczną, gdy coś zacznie iść nie tak. Nie opublikować jej. Zmienić badane parametry (na przykład ze śmiertelności na ilość wizyt u lekarza). Prowadzić badania w miejscu, gdzie mieszka dużo osób cierpiących na schorzenia genetyczne przy których statyny są wyjątkowo skuteczne. To wszystko się robi. W jednej z analiz okazało się, że próby kliniczne sponsorowane przez koncerny miały dwadzieścia razy większą szansę na wykazanie, że statyny działają, w porównaniu do tych prowadzonych przez ośrodki rządowe. Link:

http://journals.plos.org/plosmedicine/article?id=10.1371/journal.pmed.0040184

Te pastylki działają, owszem. Zmniejszają ryzyko śmierci, przedłużają życie. Mają skutki uboczne i można zastanawiać się, czy nie są one większe od korzyści, ale statyny działają. Niemniej nawet gdy weźmie się wyniki przeprowadzonych badań za dobrą monetę, dla przeciętnego człowieka (nie będącego w wysokiej grupie ryzyka) któremu lekarz je przepisuje efekt nie będzie zbyt oszałamiający - 1000 osób musi brać je przez rok, by zapobiec jednemu zgonowi. Oznacza to, że Kowalski biorąc je przez 30 lat, zmniejszy ryzyko swojej śmierci o 3%. Tyle co nic w porównaniu do na przykład zmiany diety, a trzeba jeszcze uwzględnić "kreatywność" w wyliczaniu ich skuteczności.

Drugi z mitów wziął się z prostego niezrozumienia badań. Wynikało z nich, że osoby mające wysoki cholesterol... żyją dłużej! Niby wszystko się zgadza, jedno za drugim potwierdzają to kolejne badania. W jednym z nich starsze kobiety mające poziom cholsterolu 270 miały dosłownie kilka razy większą szansę przeżycia następnych paru lat, niż te z poziomem 170. Gdzie popełnia się błąd? Jest on identyczny z tym, który robią osoby powołujące się na badania w których osoby otyłe żyły dłużej od bardzo szczupłych. Zarówno cholesterol, jak i waga spadają w wyniszczających chorobach. Kto ma bardzo niski poziom cholesterolu? Ofiary raka, alkoholicy, osoby z marskością wątroby, niewydolnością nerek, cierpiące na choroby wewnętrzne... nie oznacza to, że przeciętny Kowalski zbijając sobie cholesterol dietą czy tabletkami, umrze, zaś podnosząc będzie żył dłużej. Podobnie jak nie wyleczymy się z ospy, jeśli wypudrujemy sobie krosty.

Jest w tym odrobina racji. Bez tej substancji nie będzie regeneracji tkanek, nie wyprodkujemy odpowiedniej ilości hormonów. Nie wiadomo, jaki poziom byłby najlepszy, zbyt wysoki bez najmniejszych wątpliwości wiąże się z ryzykiem zawału, w takim wypadku nawet tabletka potrafi bardzo mocno zmniejszyć ryzyko śmierci, ale czy jego nadmierne zbicie dietą nie będzie mieć negatywnych konsekwencji? Co z wylewami, które częściej zdarzają się osobom z niskim poziomem? Tego póki co nie wiemy. Wiadomo tylko, że rygorystycznie trzymana dieta zbijająca poziom cholesterolu niemal w 100% zabezpiecza przed miażdżycą, a nawet cofa istniejącą.