Szarlatani i mity - strona główna


Proszono mnie o stworzenie takiej stronki. Myślę, że jest bardzo potrzebna. Oficjalna medycyna oczywiście nie jest odpowiedzią na wszystko, jest z nią naprawdę dużo problemów - ignorowanie zagadnienia zapobiegania chorobom, nie traktowanie pacjenta jako całości, przekręty przy prowadzeniu badań, maskowanie skutków choroby zamiast próby znalezienia przyczyny zlego samopoczucia. Nie oznacza to jednak, że wszystko co alternatywne jest dobre - wprost przeciwnie, niemal każda "alternatywna" metoda o której słyszymy to zwykła ściema, nastawiona na wyciąganie z ludzi pieniędzy. Taka wypowiedź ze strony osoby, która zajmuje się promocją metod alternatywnych musi brzmieć dziwnie, ale tak właśnie uważam - znakomita większość alternatywy jest obliczona na oszukanie chorego, albo jest wytworem zwykłej ignorancji.

Ludzie z reguły nie mają żadnego rozeznania medycznego, zresztą nie tylko takiego - większość z nas, jeśli już się rozwija, to w jakiejś określonej dziedzinie, mało kto interesuje się tym, jak działa ten cały otaczający nas świat. Starczy przepytać grupę znajomych dorosłych, ile czasu trwa obrót Ziemi wokół Słońca i Księżyca wokół Ziemi, by zorientować się, że dla przeciętnego człowieka otaczający go świat to czarna magia.

To tworzy doskonałą pożywkę dla wszelkiej maści hochsztaplerów i szarlatanów, wmawiających ludziom przeróżne schorzenia i oferujących cudowne leki. Schemat z reguły jest ten sam - wszyscy ci lekarze i naukowcy się mylą, tylko ja mam rację, tylko ja wyciągnę was z tej tajemniczej choroby, cała reszta świata tkwi w błędzie. Jeśli ktoś w to "wpadnie", rozwija się u niego coś, co można określić jako sekciarstwo - on zna tajemnicę, on jest oświecony, reszta świata się myli, on jest tym zbawcą, który niesie ratunek ludzkości, walcząc z GMO, chemtrails, candidą, boreliozą, szczepionkami, zmową antyamigdalinową, węglowodanami, glutenem, rtęcią... Ludzkość oczywiście w głos się z takich osób śmieje, ale to jeszcze bardziej utwierdza ich w przekonaniu, że trzeba walczyć. Dzięki temu "wyznawcy" czują się spełnieni, mogą sobie wmówić, że są lepsi od innych, że prowadzą jakąś misję. Ten misjonaryzm wiedzie do bardzo poważnego problemu, gdy patrząc z boku próbujemy ocenić, czy zalecane przez nich cud - terapie działają. Pamiętam jedną fanatyczkę pewnej diety, która na każdej grupie powiązanej z chorobami opisywała, jak ta dieta wyleczyła ją akurat z tej choroby, której dotyczy grupa. Ktoś kiedyś z ciekawości policzył - kobieta była chora na ponad 50 przypadłości, które sobie cudownie wyleczyła. Matka stosująca "odtruwanie" będzie twierdzić, że jej dziecko wychodzi z autyzmu, chociaż żaden z opiekunów w szkole tego nie zauważy. Znam historię "leczenia" stwardnienia bocznego zanikowego antybiotykami, gdzie choroba postępowała całkowicie normalnie - chory stopniowo tracił władzę w całym ciele, od lekkich problemów z chodzeniem do kompletnego paraliżu, ale przez cały czas można było słyszeć zapewnienia, że czuje się coraz lepiej. Aż do śmierci. Znałem kobietę z wyższym wykształceniem, która była przekonana, że pomaga jej homeopatia - regularnie kupowała te kapsułki i za każdym razem była w stanie wmówić sobie, że jak je weźmie to czuje się lepiej.

Dochodzą tu też inne elementy, takie jak chęć zrozumienia i uporządkowania świata. Medycyna jest koszmarnie skomplikowaną sprawą, działanie organizmu człowieka jest tak pełne zależności, że o przebiegu jednej jedynej reakcji między dwiema komórkami można napisać grubą ksiażkę. Wszystko to jest ze sobą powiązane, współgra. Proste rozwiazania zawsze kusiły - kiedyś były to bóstwa, wiara w jakieś proste siły nadprzyrodzone pozwalała wszystko uporządkować, pioruny to nie były wyładowania elektrostatyczne, tylko "gniew bogów". Do wyjaśnienia zjawiska gniewem bogów nie trzeba wiedzieć, czym jest elektron.

Jest też inny problem - fatalny stan opieki zdrowotnej w tym kraju. Ludzie często latami nie mogą otrzymać prawidłowej diagnozy. Niekiedy też słyszą, że ich choroba jest nieuleczalna. Wtedy pojawia się jakiś magik, który mówi, że to przecież proste, że jest taka toksyna / grzyb / niedobór / bakteria, że on to zaraz wyleczy, wystarczy oddać mu swoje pieniądze i będzie się zdrowym. To duża pokusa i wiele osób nie jest jej w stanie się oprzeć. Przypomina mi się średniowiecze, gdy chorzy oddawali całe majątki "na mszę", żeby pozbyć się choroby.

Ostatni aspekt to zwykła hipochondria. Niektórzy ludzie uwielbiają być chorzy. Są tacy zmęczeni chorobą, tak bardzo nie mają na nic siły, że piszą o tym 12 godzin na dobę. Hipochondryka poznać między innymi po tym, że z prawdziwą wściekłością reaguje na jakąkolwiek sugestię, że może to o czym ciągle opowiada może jednak nie jest takie zabójcze... Przypomina mi się znajomy hiponchondryk i jeden z jego teatrzyków jednego aktora - pewnego dnia rozbolałą go ręka, oczywiście to musiała być ciężka choroba serca, bo gdzieś w necie przeczytał, że jak ktoś ma chore serce to ręka boli. Znajomi oczywiście naśmiewali się z tego, wściekał się "idioci, poczytajcie trochę o bólu ręki!". Dorosły człowiek, nigdzie nie pracujący, nie potrafiący samodzielnie przyrządzić sobie posiłku, który swoje lenistwo usprawiedliwiał wieczną chorobą.

Zdaję sobie sprawę, że witryna wzbudzi agresję "wierzących", a przede wszystkim cwaniaczków, którzy na nich żerują sprzedając "cudowne" lekarstwa. Ale jeśli chociaż jedną osobę uda się uratować z rąk oszustów - będzie to oznaczać, że się opłacało.

Zapraszam do lektury!